Forum Obserwatora III Strona Główna Forum Obserwatora III
Tu powinien być tekst o profilu forum. Ale go nie bedzie. Profil jest zbyt duzy :)

FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj

Poprzedni temat «» Następny temat
RDR2
Autor Wiadomość
Watcher 
Hammer of Thor


Armia WH40k:
Ulthwe SpaceWolves Malice

Armia WFB:
Bretonnia Imperium

War of the Ring:
Isengard Rohan

Dołączył: 11 Lip 2005
Posty: 16673
Skąd: Chodzież
Wysłany: 2018-12-17, 22:23   RDR2
   Baretki: zalozyciel


To nie jest nieskazitelny brylant. Najbardziej kłuło mnie początkowo rozwiązanie menusów... zanim ktoś napisał mi, że istnieją od tego skróty. Tylko dlaczego nie były jawne od początku? NIEBYWALE irytowała mnie kwestia systemu łamania prawa: trącisz kogoś koniem, od razu masz kolosalny pościg za plecami. Nie zniuansowano tu szczególnie systemu ścigania, przecież za coś takiego wystarczyłaby grzywna, która po jakimś tak okresie nie wpłacenia skutkowałaby statusem wanted. A potrącić kogoś w St. Denis jest baaaaardzo łatwo. Poza tym, przy takim ogromie questów, subquestów, sidequestów i pomniejszych wydarzeń zdarzały się epizody słabsze. Dajmy na to ten fragment szukania rywali Billa Callowaya gdy twórcy stosują ewidentne nawiązanie do The Unforgiven: to, jak Morgan wpada w złość i wrzuca dynamit w stos odchodów jest niepoważnym dysonansem w budowaniu jego postaci. Podobnie zakończenie tej historii, gdy Artur szuka arcywroga Billa: bez wahania zgadza się na misję mającą skończyć się śmiercią szeryfa, a jest to w momencie gry, gdy Morganem miotają już wyrzuty sumienia...



Ale to plewy na wietrze. A wiatr ma siłę huraganu.



Grafika. GRAFIKA. Nie widziałem jeszcze tak pięknej gry, a widziałem już Horizon Zero Down, God of War i AC: Oddysey, które pozornie wyciskały już z konsol siódme soki. Przy całym do nich szacunku (HZD tylko za grafę btw): RDR2 je deklasuje. To oddanie cyklu dziennego, ta zabawa światłem, to poczucie głębi i odległości krajobrazu, te błoto, ten śnieg... Arcydzieło. Słabiej jest nocą, którą Rockstar obdarował wieczną pełnią, a szkoda. Tym niemniej, tylko w trzecim Wiedźminie jak dotąd zdarzyło mi się jechać stępa do celu by podziwiać krajobrazy, tylko że tam zdarzało się to kilka razy... tutaj zawsze, gdy miałem tylko na to czas.



Postacie i spinająca je fabuła... Niemal każdy z członków gangu był KIMŚ (no, o Lennym nie potrafię napisać nic sensownego), tylko Micah chyba był jednowymiarowy, każdy z nich ma warstwy. W dodatku jeszcze w żadnej grze nie miałem tak silnego poczucia, że ten świat żyje obok mnie, szczególnie w obozie. W obozie... Owszem, może i dbanie o niego miało mało sensu, ale gdy kiedyś Susan zbeształa mnie za to, że od dawna nic nie wrzucałem do skrzynki, to miałem wyrzuty sumienia. Zresztą, imho miał on jeszcze jedną funkcję: pod koniec gry nie ma w nim już tych minizadań z noszeniem worków etc, co potęguje nastrój przemijania i zbliżającej się katastrofy. Rozmowy stają się cichsze, Javier już nie gra wieczorem przy ognisku, wszyscy się obserwują....



Cudownie poprowadzony jest wątek upadku van der Lindego. Ta gra to również jego historia, niemal tak samo ważna, jak Morgana. I to ciągłe, natrętne pytanie: był taki od początku? Czy jego ukryte demony zostały po prostu ujawnione przez ekstremalność sytuacji? Swoją drogą, czy jest jakiś sidequest który wyjaśnia jakoś bliżej co się tak naprawdę zdarzyło w Blackwater? Bo moja wiedza jest jednak fragmentaryczna: van der Linde zabił jakąś dziewczynę, była zasadzka (Micah zdradził już wtedy?)...


Uwaga, ciężkie spoilery idą:


Arthur Morgan to jednak najważniejszy atut tej gry. Jego ewolucja, choć stereotypowa, w świecie gejmingu jest jednak przekroczeniem kolejnej granicy. Sprzęgnięcie jej z brutalną windykacją na Dawnsie (Downsie?) było jak oczyszczający cios między oczy: niby proste rozwiązanie, ale jednak rzucające na deski. I mimo wszystko (mimo tej całej kliszowości) takie... wiarygodne, immersyjne. Tym bardziej, że to nie był jednak grom z jasnego nieba: już wcześniej widać w Morganie dojrzewanie ziaren.



Koniec Arthura też jest piękny. Piękny w swym brudzie, porażce, bólu. Nie udało mu się uratować siebie, ani Dutcha. Uratował kilka żyć. Nie dokonał pomsty na Micahu, choć, absolutnie zgodnie z kanonem gatunku, ktoś tego odwetu jednak dokonać musiał. Do powolne odchodzenie, to do bólu stereotypowe zachodzące słońce, ten grób z pochylającą się nad nim Mary... w starciu z następującym po tym "normalnym" życiem Marstona tworzy to interesujący kontrapunkt. Tym bardziej, że



*** spoiler dla nie znających rdr1



wiemy przecież, że Marston odejdzie ponownie. I też będzie mszczony w niekończącym się kręgu przemocy.



*** koniec spoilera



Wszystko to podkreślane jest przez wiele elementów. Ta stopniowa dekompozycja Obozu jest naprawdę wspaniałym tłem: skończenie się prac pomocniczych, podejrzenia, oskarżenia o zdradę, pijaństwo, brak nocnych zabaw, muzyki, to wszystko następuje stopniowo, ale ma się w tym wszystkim wrażenie fatalizmu, takiego greckiego przekonania, że bohaterowie mocując się z przeznaczeniem, muszą być za to ukarani.



Cudowne.
_________________


Minas Kolmar | Dobywając Thanira | Słowa, słowa, słowa


Forget the promise of progress and understanding, for in the grim darkness of the far future there is only war. There is no peace amongst the stars, only an eternity of carnage and slaughter, and the laughter of thirsting gods.
  Klub: battleground
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

phpBB by przemo